Kazanie na mszy pogrzebowej

Ks. DAWID LEŚNIAK

 

Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. (Mt 23,1-12, XXXI Nd A)

 

        Mamo – Tato – Siostro – Bracie – Krewni – Przyjaciele – Koledzy i Koleżanki… Nasz czas zatrzymał się w niedzielę… I może być tak, że zdarza się nam przeglądać klisze naszej pamięci – ostatnie rozmowy, ostatnie spotkania, ostatnie gesty… Wśród tych klisz pamięci ja odnalazłem kliszę niedzielnej Ewangelii…

 

         To jej właśnie dzisiaj wysłuchaliśmy, choć wydaje się, że jest jakby nie na “swoim miejscu” – taka Ewangelia na pogrzebie? Ale przecież my też nie za bardzo jesteśmy na swoim miejscu – pogrzeb 16-latka?! To nie tak być powinno, nie do tego przyzwyczaiło nas życie i prawa biologii… Ale najwyraźniej nie wszystko w życiu układa się tak jakbyśmy tego chcieli my…

 

         Trudne są dla nas słowa Jezusa z przytoczonej Ewangelii, ale jeśli pozostaniemy na nie obojętni to nic się nie zmieni… Już pierwsze stronice Biblii odsłaniają tragedię: Kain zabija Abla… Bóg tego nie pochwala ale i nie powstrzymuje rozlewu krwi!… Nie powstrzymuje, bo chce abyśmy sami to zrobili – i cała historia zbawienia pokazuje owo wychowywanie kapryśnych ludzi przez cierpliwego, choć stanowczego Boga. Taka jest też lekcja Ewangelii ostatniej niedzieli…

 

         Zaskakują nas słowa: Nikogo na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie są to słowa wbrew rodzinie, rozkładające na łopatki nasze domowe relacje – nie… Choć sposób wypowiedzi jest dosadny, to Jezus zwraca uwagę słuchaczy na właściwy kierunek naszego życia – całe życie zmierzamy na spotkanie z Bogiem, naszym Ojcem… Można zaryzykować stwierdzenie, że mama nosi dziecko pod sercem przez 9 miesięcy (tata jej w tym towarzyszy jak umie), przez 3 lata i mama, i tata, naszą dziecko na rękach… a przez całe życie noszą swoje dziecko w sercach… I tego nikt im nie odbierze – nawet śmierć!

 

        Jednak trzeba się zgodzić, że i ojciec, i matka wychowują dziecko nie tyle dla siebie, ale zawsze dla innych – dla przyszłej żony/męża, dla ich późniejszych dzieci… dla ludzi, z którymi splotą się ich koleje losu… I gdyby tak próbować prześledzić ten łańcuch wychowania “dla” – dotrzemy do tego, że tu na ziemi chrześcijańscy rodzice, wychowują dzieci dla życia w Bogu. Bo niezależnie od tego, jakiego wieku dożyją rodzice, czy jakiego wieku dożyją dzieci, nasze ramiona muszą ich wypuść, nasz dotyk, nasze ciepło nie sięgną wieczności – ale tam, z otwartymi ramionami czeka Ojciec niebieski, Ten, do Którego wszyscy zmierzamy… I to zdanie niedzielnej Ewangelii, jest dla mnie takim promykiem Dobrej Nowiny na ten tragiczny czas… Ramiona Ojca, który czeka w wieczności… Ku Niemu wszyscy zmierzamy, choć jedni mniej a drudzy bardziej – świadomie…

 

         Jednak 2/3 tekstu Ewangelii niedzielnej dotyczą czegoś, o czym moglibyśmy powiedzieć na pogrzebie, że jest “nie na miejscu”… Otóż, Jezus wytyka hierarchii pobożnych Izraelitów wypaczenia jakie robią w sferze wiary, głównie poprzez złe świadectwo życia…

 

         Pewnie jakaś część nas łączących się w bólu po śmierci Jacka jest z boku wspólnoty Kościoła – może w imię różnych powodów: osobistego poszukiwania sensu życia albo duchowego lenistwa, fascynacji filozofią i religiami spoza naszej kultury, jakiegoś zranienia, zawodu ze strony Kościoła i członków jego wspólnoty…

 

         Bracie, Siostro, nie karz Boga za niefrasobliwe sługi, bo skoro wierzysz to weź sobie do serca Jezusową zachętę i przestrogę: Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie.

 

         Mówię o tym, bo łączy nas na tym pogrzebie pochylenie się nad tajemnicą przerwanej młodości… Młodości, w której naturze jest pewien bunt…ale i wrażliwość właśnie na przykład ze strony autorytetów… pewne ryzykowne chodzenie po krawędzi zasad ale i poszukiwanie prawdy i piękna… Jest taka piosenka z filmu o takim właśnie poszukiwaniu i młodych, i ich duszpasterza – Kto nigdy nie żył:

 

 

Kto nigdy nie żył, nigdy nie umiera 

Nic nie utraci ten, co nie miał nic. 

Ten, kto nie kochał, nie wie co tęsknota 

Nie wie, co gorycz, kto bez marzeń śni 

Co piękne jest, także jest i dobre 

Ziemia, morze i gwiazdy Księżyc, słońca blask.

Lecz poza nimi trwoga i cierpienie,

A tam gdzie miłość,  tam podąża śmierć.

 

 

        W całym tym poszukiwaniu odpowiedzi na to, jak sobie poradzić ze sobą w obliczu zderzenia z tajemnicą tragicznej śmierci nie ma recepty…jest Osoba… Nie wyjaśnimy, nie znajdziemy argumentów – bo i za czym? Życie jest przecież po to, żeby żyć… Jest jednak Osoba, która żyła życiem na maksa i blisko innych ludzi… Osoba, która zna ból śmierci i smak rozłąki… Osoba, która wie jak jest po drugiej stronie – to Jezus Chrystus! On nie obiecuje nam sielanki na ziemi i sam też jej na ziemi nie doświadczył! Ale żył życiem takim, jakie było, i był “fascynatem”, miłośnikiem życia – o sprawach nieba mówił używając obrazów zaczerpniętych z naszej codzienności, codzienności, na którą my nie zwracamy uwagi: kto z nas obserwuje jak rosną rośliny, jak się sieje, jak się zachowuje stado owiec… Jezusa szarość codzienności nie zniechęcała – potrafił w stworzeniu dostrzegać wielobarwność, a to niesie radość! Nie potrzebował niczego, co by Go podkręcało, co by Go rozweselało, wprowadzało w stan odurzenia… Chłonął życie, ale nie dał się mu wchłonąć – nie porwały go ludzkie konszachty i kombinacje… Zachował Jezus swoje młodzieńcze podejście do piękna, prawdy, wierności wyznawanym zasadom…

 

          Dlatego, w tym trudnym dla nas położeniu jedyną odpowiedzią jest: Jezus!…

 

On w żadnym miejscu Ewangelii nie tłumaczy cierpienia, ale towarzyszy cierpiącym, nie tłumaczy śmierci, ale współczuje i to nie bez łez… On jest prawdziwy w tym życiu z ludźmi. Nie chce zemsty ale przebaczenia, które sam ofiarowuje swoim oprawcom przybijany do krzyża: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią!

 

         Również ostatnie zdania “kliszy” niedzielnej Ewangelii zmuszają do myślenia: Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. To słowa niepopularne, to słowa niewygodne (!) ale to słowa Jezusa – On nie rzuca słów na wiatr… Jeślibyśmy się tymi słowami przejęli i pokorną miłością ożywili nasze serca nie doszło by do tej tragedii… Ale nasza odporność, nasz upór sprawia, że krew Jezusa ciągle płynie z ran mordowanych ludzi…

 

         Człowiek uczy się na błędach – niektórych z nich nie da się naprawić – nic nie przywróci odebranego życia – ale można takich błędów nie powtarzać!!! Niech ofiara tego młodego życia nie będzie zmarnowana – wyrzućmy nasze pyszne myśli o zemście – otwórzmy się na przebaczenie. Jest wina, jest i kara, ale tym zajmą się odpowiedni ludzie…my mamy obowiązek zająć się żałobą i wsparciem tych, którzy cierpią, poprzez uszanowanie ich bólu i nie rozdrapywanie ran…

 

         Nie znajdziemy dziś innej odpowiedzi na tragedię, jaka nas dotknęła, ale możemy znaleźć drogę do Jezusa – żeby z nami w tym położeniu był i żeby nas nie opuszczał! Trzeba Mu tylko zaufać i otworzyć drzwi do serc – On nam potowarzyszy…

 

          Towarzyszył ślepcom, trędowatym, kalekim, matce zmarłego jedynaka z Nain… towarzyszył też łotrom i to obydwóm: i dobremu, i złemu… Otwórzmy więc nasze zbolałe serca na obecność Jezusa i powiedzmy za sponiewieranym świętym z Włoch, ks. Dolindo Ruotolo: Jezu, Ty się tym zajmij!

 

         Ś.P. ks. Jan Twardowski, którego wiersze tak bardzo podnoszą nas na duchu dzięki dziecięcej prostocie, napisał także zdanie: JEZU – UFAM TOBIE – słowa jasne na czarną godzinę…

 

I my, patrząc dzisiaj na trumnę Jacka zdobądźmy się na ufność

 

i mówmy:

 

Jezu, Ty się Nim zajmij!

 

 Ufam Tobie!

 

Ty jesteś naszą jedyną odpowiedzią…